Czterech jeźdźców Apokalipsy cz. 3 - strona 99
wydawało mu się, że słyszy okrzyki niemieckie, tętent koni, dalekie odgłosy licznych stąpań i szczęku broni, po czym stracił świadomość, wszystkiego, co go otaczało.
Gdy znów otworzył oczy, słońce świeciło, znacząc się złocistym kwadratem na przeciwległej okienku ścianie. Ktoś próbował usunąć barykadę przed drzwiami i wystraszony kobiecy głos wołał go z cicha:
— Proszę pana! Czy pan tu jest?
Don Marceli zerwał się na równe nogi i poskoczył, by silnym pchnięciem oswobodzić wejście. Zrozumiał, że najeźdźcy poszli sobie, inaczej żona odźwiernego nie byłaby się. odważyła uwolnić go z więzienia.
— Tak, poszli sobie — rzekła. — Nie ma już nikogo w zamku.
Wydobywszy się na wolność, don Marceli ujrzał kobietę z twarzą opuchniętą, zaczerwienionymi oczyma i włosami w nieładzie. Ta noc postarzała ją o kilkanaście lat. Na widok swego chlebodawcy rzuciła mu się w objecia, płacząc konwulsyjnie:
— Och, proszę pana! Proszę pana!
Don Marceli nie chciał nic. wiedzieć.. Lękał się usłyszeć prawdę. Zapytał jednak o odźwiernego. Teraz, gdy uczul się rozbudzonym i wolnym, powziął na chwilę nadzieję, że wszystko, co widział tej nocy, było senną zmorą. Może żył ten biedaczysko.
— Zabili go, proszę pana.. Zamordował go ten wojskowy, co się wydawał tak dobrym. I nie wiem nawet, co się stało z jego ciałem, nikt mi nie chciał powiedzieć.
Podejrzewała, że go wrzucili do rowu. Zielone, spokojne wody zamknęły się tajemniczo nad tą ofiarą nocy. Desnoyers odgadł, że inne nieszczęście jeszcze bardziej dręczyło matkę, ale zachował wstydliwe milczenie. Ona sama zaczęła mówić wśród łkań i wykrzyków bólu. Żorżeta uciekła z zamku po wyjściu najezdników i ukryła się w domku rodziców. Ci nikczemnicy trzymali ją w swej mocy do ostatniej chwili.